Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Mniejsza z tém że mi kiedy nie kiedy wyciągnęła trochę grosza, bo była chciwą bardzo — ale bywało przyjdę do niéj wiedząc co jest warta.. godzinę posiedzę, posłucham, tak mnie uwikła, iż ją i niewinną gotowem sądzić i niewiedzieć jakie dla niéj ofiary ponieść.
Chciała widocznie owdowiawszy gdym coraz u króla w większych był łaskach — przyprowadzić mnie do tego a żebym się z nią ożenił. Zabiegała wszelkiemi sposobami, znając słabość moją, — pan Bóg mnie strzegł żem się nie dał wziąć w bardzo pospolite sidła.. Gdybym nie nawykł szanować kobiet, a szczególniéj takiéj z którąbym żenić się miał — korzystał z zaprosin a zapomniał się — byłaby mnie z pomocą królowéj zmusić mogła do ożenienia.
Alem ją szanował i na dobre mi to wyszło.
Byłbym uległ jéj może, gdyby cokolwiek baczniejszą była i na mnie jednym się ograniczyła — ale razem dwu czy trzech miała zawsze napatrzonych — a, choć ona mnie ślepym sądziła — nie byłem nim...
Trudno opowiedzieć a niewarto może wszystkich téj kobiety sztuk i wykrętów wyliczać. Z każdym była inaczéj, razem dwu i trzech o jednéj godzinie zwodziła, jak czysty kameleon tak się mieniła, że wesołość, płacz, gniew, smutek, wszystko razem nic ją, nie kosztowały...
Nikt nigdy słowa prawdy z ust jéj nie posłyszał — ale gdy chciała oszukać, najostrożniejszego swoją minką uwiodła.
Właśnie jakoś pod ten czas, pamiętam, żartując tak ze mną i baraszkując, powiedziała mi te słowa.
— W. mość mi się bronisz, bronisz i sądzisz, że