Strona:Józef Grajnert - Dzielny Komorek.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.




Dużo papieru, bracia moi! spotrzebowaćby należało, żeby zapisać wszystkie czyny, jakiemi się odznaczyli nasi wojacy, pomagając w ustawicznych wojnach Napoleonowi pierwszemu, przed kilkudziesięciu laty. Bili się oni, zacząwszy od krajów, gdzie to pieprz rośnie, a ogromne pustynie, niby morze bałwanami piasku pokryte, aż do krajów, gdzie to w kościach człeka szpik krzepnie od mrozu. Otóż posłuchajcie, co jest zapisane o jednym prostym żołnierzu, który w tych czasach pod księciem Józefem Poniatowskim służył.
Było to w kwietniu 1806 roku, jak pod murami Gdańska tysiące armat nieprzyjacielskich bez ustanku grało, a tysiące bagnetów w codziennych bitwach kąpało się wo krwi ludzkiej. Niedaleko od tego miasta, które leży gdzie Wisła do morza Bałtyckiego wpada, czerniał się las sosnowy, a przezeń wiła się drożyna śród gęstych krzewin ku porębie, śród której stała samotna chałupa. Obok niej czerniała pochylona od starości stodółka, obórka i szopa z dachem zniszczałym; tak samo smutnie sterczały gruszo i jabłonki na oparkanionem podwórku. Tuż obok chaty błyszczały wzgórza żółtym piaskiem pokryte