Strona:Józef Birkenmajer - Wybór poezyj.djvu/5

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
ULICA NOCĄ

Przestrzeń — niewidną — ale wyczuwalną —
Osłonił półcień — nocy syn nieprawy...
Iskrzą się światła sklepowej wystawy,
Jak błędny ognik, co kryje zasadzki.
Przechodnie — z twarzą błędną lub banalną —
Znużeni — śpiący — wracają z zabawy,
Wypełzłszy z domów, jak z nor nocne gacki...
Jutro się spiją lub w łeb sobie palną...
— — — — — — — — — — — — — —
Noc — jak krwiożerczy polip — rozwija swe macki...
— — — — — — — — — — — — — —

W tych kamienicach — na wyniosłem piętrze
I w zakopconej, nędznej suterenie —
Przygnębiające panuje milczenie,
Jakby tam życie nie istniało zgoła,
Jakgdyby pełne pustką było wnętrze...
Tam sen króluje — ze skrzydłem anioła —
Lecz z twarzą często straszną — jak sumienie,
Które wśród ciszy głosem wielkim woła
I chuci w sobie kryje najzawziętsze...
— — — — — — — — — — — — — —
Złe mary — i złodzieje snują się dokoła...
— — — — — — — — — — — — — —

Na samym rogu posępna latarnia
Stoi — czatownia upadłej kobiety —
Na bruk porzuca przechodniów sylwety —
Cień ich rozciąga — kurczy — wyniezdarnia...
Zegar gdzieś bije w odległym kościółku...
Czyjeś westchnienia tłumią się w zaułku...
Głucha samotność — — — I myślom poety
Nic, nic nie zdoła zapewnić przytułku
Chyba jedynie ustronna kawiarnia...
— — — — — — — — — — — — — —
Ale i ona teraz zamknięta — niestety!

Ulicą i Drogą (1923), str. 30-31.


TRAMWAJ

Jesteśmy sobie obcy — nie znamy się wzajem —
Tylko tyle, że jeździm tym samym tramwajem.
Tylko tyle, że razem — każdego poranku —
Stoimy — i czekamy — przy jednym przystanku.

Tylko tyle, że gdy nas siecze zawierucha,
Każdy tak samo tupie albo w ręce chucha.
Tylko, że latem praży nas żar taki samy,
Gdy — pod jednym szyldzikiem — na tramwaj czekamy.
 
Czekamy — i pospołu do niego tęsknimy,
Jak do schronu przed deszczem, przed srogością zimy, —
Jak do domu, pełnego szczęścia i rozkoszy — —
Do tej kwatery wspólnej — za dwadzieścia groszy...

Do tej kwatery wspólnej, co nas w sobie mieści
Najwyżej przez dwadzieścia minut lub trzydzieści, —
Gdzie, jak falą rzucani na wszystkich zakrętach,
Po nagniotkach depcemy sobie i po piętach...
 
Codzień, jakby umyślnie, z łóżka wcześnie wstajem,
Ażeby się nie spóźnić na schadzkę z tramwajem.
I codzień syndbadowe robimy podróże,
Które finish swój mają — w warsztacie lub biurze...

Ulicą i Drogą (1923), str. 33.