Strona:Józef Birkenmajer - Łzy Chrystusowe.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
– 43 –

i zapasów. Gdzie dawniej zwierzęta dzikie przemieszkiwały, wdarł się człowiek i ze zwierzęcą zajadłością polował na współbliźnich swoich ludzi... Jak na wielkich, hucznych łowach, grzmiały gęsto strzały, a niby nagonka, z wrzawą dziką raz po razu zrywała się pędziła przed siebie linja tyraljerska... Nie pamiętała tak wspaniałego polowania puszcza głucha, choć żyjące w niej drzew a wiele już widziały wieków...
Dokoła polany, na której rozegrał się naj­ważniejszy moment boju, ustawiły się półkręgiem odwieczne dęby i młodsze od nich sosny i jeszcze młodsze jedliny i leszczyny, stopniami, niby widzowie w teatrze, z zaciekawieniem i uwagą śledzący przebieg widowiska.... A gdy klekotały karabiny maszynowe, to drzewa klaskały odgłosem, jakby biły brawo... Gdy ludzie jęczeli i wyli z bólu, tedy cały las krzyczał z upojnego zachwytu i gromkiem echem opowiadał hen daleko swoje wrażenia... Gdy zaś, jak byk, bodący ziemię rogami, spadł na arenę ryczący pocisk, wtedy dawało się odczuć drżenie, następnie jakby oddech podziwu i naprężenia, a wreszcie szał entuzjazmu... czasem jakby jakieś syczenie niecierpliwości lub szyderstwa... Zda się, jakby i drzewa opanowane naraz zostały temiż namiętnościami, co ludzie....