Strona:Józef Birkenmajer - Łzy Chrystusowe.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Szeroko, przestrono, rozesłało się jezioro genezaretańskie. W różnowzore bramowania ustroiły je niwy złociste i zielone gaje palmowe, okrywające swem łonem białe mieszkania ludzkie. Nad wszystkiem rozpiął się błękitny namiot niebios, wspierający swe podnoże o krawędź gór skalnych, a wiązanie stropu swojego wieńczący promienną gwiazdą słońca. Blaski słoneczne odbijały się od gładkiej powierzchni wody i ubierały ją w barwy rozmaite: raz rozwijając na niej przędzę pozłocistą, to znów siejąc ametysty i opale, indziej zasię rozsypując płatki różane. Całe jezioro gorzało tym rozbłyskiem tęczowym – przebiegającym po zwełnionych czubkach fal ruchliwych – ciągle mieniącym się i rozpierzchującym w tysiącznych kierunkach.
W objęciach ciszy południowej usnęły rozkosznie i gaje i łąki i pola; usnęły i serca ludzkie, zmożone pracą. Była chwila powszechnego spoczynku. Rolnicy pousiadali pod kępkami drzew i posilali się strawą, przyniesioną przez białogłowy. Rybacy odłożyli sieci i przeliczali połów dzisiejszy. Na ponadbrzeżnym