Strona:Ignacy Dąbrowski - Śmierć.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mi pracę potraja, — to nuży i wściekle męczy.
A! wypoczywam za wszystkie czasy! Pal już licho korepetycye: nie myślę teraz o tej zmorze. Przecież dostanę skądkolwiek choćby najmarniejsze; wreszcie to tylko cztery miesiące do końca roku, to się byle czem obędę. Aby tylko egzamina zdać, a na lato mam już kondycyę zapewnioną.
No, nie zginę; nie nowość dla mnie, jak czterdziestówki na tanią kuchnię zabraknie, kawa i dwa serdelki na obiad; żeby choć na to starczyło, — a przecież i gorzej bywało.
Tylko czy te niegodziwe kamasze przetrzymają jako przyzwoicie te parę miesięcy? Tak się bezwstydnie roztrzęsły po błocie, że mi raz z nogi jeden o mały włos nie zleciał, kiedym się na psa zamierzył.
Da Bóg może ładną, suchą wiosnę, to przekołacę w nich jeszcze jako tako, bo o nowych niema co marzyć nawet. Skądżebym ja teraz pięć rubli gotówką wydobył? A więc pozbywszy się już z głowy