Strona:Ignacy Dąbrowski - Śmierć.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Więc to tylko suchoty? tylko suchoty? nic, nic więcej? No, proszę, jak mało!...
Ee... eh...

15 marca.

Suchoty! suchoty! Oto wyraz, którym myślę od dwóch dni ciągle, bez ustanku, bez wytchnienia.
No, ale skądże znów we mnie taka nieubłagana pewność, że to rzeczywiście suchoty? A może to nieprawda jeszcze? A może i cała scena z herbatą to także nieprawda? może mi się tak tylko zdawało, albo też śniło w gorączce? Bo mnie się nawet dnie teraz plączą... A wreszcie, choćby to i prawdą było, — czyż więc dlatego, że Stach, przesadzający, jak zwykle, boi się zarażenia, — ma to być już koniecznie dowodem, że ja mam suchoty?
A jednak nie mam już chwili spokoju. Niepewność mię dobija, w mózgu chaos, cała dusza w gorączce, w wyczekiwaniu. Być albo nie być.