Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 1.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pan Kondelik. — A ja się w ubraniu maczać nie lubię!
Pani Kondeiikowa obróciła się, gdy usłyszała, że małżonek kłóci się o coś.
— O co chodzi, staruszku, o co?
— O co? Oto chcę, ażebyście się trzymały ładnie w środku i nie łaziły ku balustradzie. W wodzie znaleźć się człowiek może łatwo; widziałem u wioślarzy, ale z powrotem na łódź lezie się ciężko!
Kroczyli dalej ukośnie przez ulicę Karola, ulicę Myślika i bulwarem Palackiego, ku przystani dużych parostatków. Po drodze umówił się Wejwara z panem Kondelikiem, że popłyną aż na Zbraslav. Tam podobno w „Wielkiej karczmie” miło posiedzieć, a mogą odwiedzić i Záwist. Podróż wprawdzie trwa długo, ale są ładne wieczory, a im później przyjadą na Zbraslav, tem dłużej będą mogli pobyć. Nic złego, gdy do Pragi powrócą ostatnim statkiem.
O, fatum! Przyszedłszy do przystani ujrzeli, jak statek schyla już komin pod mostem Palackiego, jakby im się na pożegnanie kłaniał. Drugi popłynie dopiero za godzinę. Pan Kondelik zmarszczył czoło, gdy to usłyszał.
— Tu na słońcu miałbym godzinę czekać? — mówił gniewnie, patrząc na Wejwarę. Nie jestem płótnem, które bielić trzeba na słońcu.
I obrócił się, jakby chciał iść napowrót do miasta.
— Ależ mężu, dokądże pójdziesz? — wołała pani wystraszona.
— Szanowny panie — doganiał Wejwara gniewnego mistrza. — Nie potrzeba przecież czekać godzi-