Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 1.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ale tam my jechać nie chcemy! — huknął pan Kondelik — my chcemy do Czernoszyc!
— Owszem — rzekł kasyer — to weźcie panowie bilety do Radotina, z Radotina do Czernoszyc jest trzy kwadranse drogi, piękna droga łąkami.
— To pan sobie tam jedź, kiedy taka piękna droga! — zahuczał pan Kondelik wściekle w okienko. — Ja już trzy kwadranse chodzę.
Wykręcił się na pięcie, podskoczył ku kobietom i porwawszy małżonkę za ramię, rozkazywał:
— Chodźmy ztąd do wszystkich dyabłów, bo nas ten narwaniec pogna jeszcze na dworzec za Bruską!
— Ależ, tatku — prosiła Pepcia i łzy ukazały się jej w oczach — możebyśmy mogli teraz pojechać do Chuchli!
— Owszem, proszę pana — odezwał się za panem Kondelikiem Wejwara, cały zmiażdżony — może do Chuchli, gdyby pan raczył...
— Ależ naturalnie — powtórzyła pani Kondelikowa — kiedy już jesteśmy tutaj, pojedźmy do Chuchli. No, nie rób głupstw, stary!...
— Więc do Chuchli, do czarta! — zadecydował pan Kondelik, i Wejwara znów pędził do kasy.
Nikt z nich nie zauważył, że w tem okamgnieniu brzęknął na peronie dzwonek, drzwiczki wagonów zapadły za ostatnimi pasażerami, lokomotywa gwizdała, ktoś gromko krzyknął „fertig!” — i pociąg sapiąc ciężko odchodził.
— Cztery bilety do Chuchli — wołał przy kasie Wejwara i kładł pięć reńskich na okienku kasy.