Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 1.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


właściwym, ale prawdziwe Czernoszyce, dokąd się dostać chcemy, leżą przy kolei zachodniej, za Radotinem. Nie mogę sobie wytłómaczyć, jak ten kolega Havrda, po pierwsze, a potem ten portyer na dworcu Franciszka Józefa...
Nie dokończył, nie mógł dokończyć.
Mistrz Kondelik prostował się, wąsy mu się jeżyły, usta sapały. Szybkim ruchem obtarł czoło, z którego spływały mu potoki potu i chrapiącym głosem wyrzucił z siebie:
— A teraz chcesz mnie gnać na Smichów, człowiecze? Oto macie...
Także nie dokończył, pani Kondelikowa ścisnęła go mocno za ramię i stłumiła wyrzut, który chciał wymówić i, jak anioł zgody, zaczęła sama:
— Niema rady, staruszku, pójdziemy na Smichów, ale prędko, abyśmy nie spóźnili!
— Nie, szanowna pani — pośpieszył Wejwara — tam się nie spóźnimy, tam odchodzi ostatni pociąg o trzeciej — i jeśli państwo raczą, wsiądziemy do tramwaju.
— Pieszobym nie poszedł, dobroczyńco! — mruczał mistrz Kondelik. — Tego tylko jeszcze brakowało.
Kto umie, niech sobie namaluje usposobienie czterech nieszczęśliwców, w jakem wychodzili z dworca kolei północno-zachodniej.
Przed oczyma pana Kondelika majaczył dom przy ulicy Jecznej, milutkie drugie piętro, kanapa w pokoju, lube fata morgana, złudny obraz utraconego raju. Jak pułkowy trębacz wybiegł pierwszy, kroczył przed rodziną, jakby sobie nie ufał, że się