Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 1.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wróble, w dali słychać było turkot wózka mleczarskiego, a na dole w ulicy pogwizdywał sobie uczeń piekarski, roznoszący żółte pieczywo. Wszystkie te dźwięki znał pan Kondelik bardzo dobrze, były dla niego każdej niedzieli miłem towarzyszeniem muzycznem do ruchów ostrą brzytwą, która niszczyła urodzaj tygodniowy na otyłej twarzy i tłuściutkiej brodzie. Tylko dostojne, gęste, siwiejące wąsy zostawały nietknięte.
W pół godziny był pan Kondelk odmieniony. Gładka twarz błyszczała, jak natarta świeżą, złotawą politurą, ostatnie ślady snu zgładziła z oczu zimna woda, którą Kasia czerpała na dworze i mistrz przechadzał się już po pokoju w czystej bieliźnie.
Za jakąś chwilę zaczęło szeleścić w sypialni i niezadługo wsunęła się do pokoju pani Kondelikowa, również w śnieżno-białym negliżu.
Pani powiedziała małżonkowi dzień dobry, a widząc go ogolonym i umytym, wpadła szybko do kuchni,aby przygotować śniadanie. Za chwilę wniosła do pokoju tackę z dwiema filiżankami kawy i dwiema bułkami i szklanką wody studziennej.
Pan Kondelik pił pomalutku kawę i wyglądając oknem na piękny, modry błękit, mówił:
— Dziś będzie gorąco, Betty, i cieszę się, że przed obiadem się przejdę, a potem sobie po obiedzie chrapnę.
Pani Kondelikowa ugryzła kawałek bułki, napiła się kawy i rzekła miodowym głosem:
— Ba! z tego chrapnięcia nie będzie dziś nic, staruszku; chyba tam na miejscu mógłbyś się przespać.