Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 1.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


deszcz, i machał parasolem i wołał na stangreta, który chętnie przystanął.
Powóz był pusty i jechał ku Pradze. Jakie to szczęście dla zmokłego towarzystwa.
Za kilka minut byli przy szosie, i kobiety i ojciec, i w oka mgnieniu dorożka była nabita.
— Gdzie mam zawieźć, szanowny panie? — pytał dorożkarz.
— Na ulicę Jeczną, numer... — odparła pani Kondelikowa.
— Nie! — wykrzyknął pan Kondelik tak głośno, że przegłuszył huk piorunu — do Tomasza, do świętego Tomasza, na Małej Stronie, do browaru, do Tomasza, rozumiecie?
Dorożkarz mrugnął okiem, kiwnął głową i świsnął batem.
Do Tomasza, w to mu graj!
Padało jeszcze mocno, kiedy po półgodzinnej jeździe wyszło towarzystwo z dorożki i przebiegłszy pośpiesznie podwórze i ogród usadowiło się pod gościnną strzechą werandy.
Kobiety po chwili uciekły do kuchni, aby tam przynajmniej zwierzchni ubiór trochę osuszyć, a pan Kondelik, który najmniej był przemoczony, wypróżniał już w doskonałym humorze jednę półlitrówkę za drugą i patrzył z dyablą ironią na nieszczęśliwego Wejwarę, który nie odważył się nawet oczu podnieść, i który w swoim lekkim futeraliku ziębnął powoli.
— Posłuchaj pan, panie Wejwarko — rzekł pan Kondelik po czwartej szklanicy — kiedy będziesz znów urządzał wycieczkę po suchej ziemi, to zrób podanie