Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 1.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przez mózg pana Kondelika przeleciała złośliwa myśl.
Nie powie nic, nie będzie ostrzegał nikogo, a gdy pioruny zaczną bić, to niechaj biją! Żona się boi burzy okrutnie, ale on nie — dobrze, niech ma nieczuła żona zasłużoną karę.
— Zkądże miałaby być dziś burza — uspokajał. — Niech sobie wiatr dmucha, lepiej się pójdzie!
Myśl o zemście niebios wzmacniała go, kroczył daleko raźniej, byle tylko znaleźć się jaknajdalej od Pragi.
Wpół godziny później opuścili szosę i udali się polną drogą.
Naraz zniknął blask słońca i wiatr zadął daleko silniej. Zboże na polu falowało, jak rozhukane morze, kobiety i pana Wejwarę opanował ów niepokój, jaki nastaje przed burzą. Tylko pan Kondelik kroczył wytrwale dalej, trzymając w ręku olbrzymi swój parasol.
Nagle spadło kilka dużych kropel i pani Kondelikowa stanęła wylękła. W dali zahuczał pierwszy grzmot, a z niedalekiej szosy wznosiły się chmury kurzu aż ku niebu.
— Kondeliku! — zawołała przerażona — wróćmy się.
— Tak, wróćmy się — odpowiedział mistrz chłodno — ciekawym dokąd? Teraz mamy na Szarkę bliżej już, niż do Pragi.
— Przecież zaczyna deszcz padać! — wołała pani...
A zaledwie dopowiedziała tych słów, gdy deszcz zaczął ciąć z boku, jakby z cebra lał.