Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wierzenia roztaczały z całą swobodą skrzydła swe w tym przybytku niebezpieczeństwa i śmierci; a jednocześnie nabierały mocnego znaczenia najdziwaczniejsze przesądy, z których nikt się tu śmiać nie ważył.
Wychodząc z jednego z tych podziemi, pośrodku odkrytej przestrzeni, spotkał syna. Wiedział, że to on, bo mu pokazał dowódzca wojskowego, który się zbliżał uśmiechnięty, wyciągając ręce. Instynkt rodzicielski, o którym tyle razy mówił, jak o czemś niezawodnem, nie ostrzegł go w danym wypadku. Jakże mógł poznać swego Julka w tym sierżancie, którego nogi były dwoma kulami mokrej ziemi, w płaszczu spłowiałym i wystrzępionym, ubłoconym po szyję, cuchnącym przepoconą bielizną i pokurczonemi rzemieniami? Ucałowawszy go, przekrzywił głowę na bok, by mu się napatrzeć, nie puszczając z objęć. Jego smagła bladość nabrała brązowego odcienia. Broda mu urosła, broda czarna i kędzierzawa. Don Marceli przypomniał sobie teścia. Centaur Madariaga zmartwychwstał niewątpliwie w tym bojowniku, zahartowanym przez życie na świeżem powietrzu. W pierwszej chwili ścisnęło mu się serce, gdy go zobaczył tak brudnym i zmęczonym, ale wnet wydał mu się piękniejszym niż w czasach jego światowej świetności.
— Czego potrzebujesz?... Czego chcesz?
Głos mu drżał tkliwością. Mówił do tego ogorzałego i barczystego wojaka tym samym tonem jak przed dwudziestu laty, gdy zatrzymywał się przed sklepowemi wystawami w Buenos Ayres, prowadząc dziecko za rękę.