Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/084

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tomiast widać było tylko plecy tej barwy, uciekające ku bramie parkowej, przemykające się pomiędzy drzewami, padające w pół drogi, trafione kulą. Wielu atakujących chciało ścigać zbiegów, lecz nie mogli, porając się z wyciąganiem bagnetu z ciał, zagłębiających je w sobie coraz bardziej drgawkami konania.
Wkrótce don Marceli znalazł się wśród tych śmiertelnych utarczek, skacząc jak dziecko, wymachując rękoma, wydając okrzyki. W pewnej chwili, jakby ocknąwszy się ze snu, ujrzał, że trzyma w objęciach osmoloną prochem głowę młodego oficera, który patrzył na niego ze zdumieniem. Myślał, że ten człowiek zwarjował, słuchając bezładnych słów, któremi on go obsypywał wśród pocałunków i łez. Sprzykrzyło się to wnet młodemu oficerowi, więc go dość szorstko odepchnął, a don Marceli chcąc sobie wynagrodzić tyle dni udręczonego milczenia jął wykrzykiwać:
— Niech żyje Francja!
A Francuzi byli już u bramy parkowej. Upędzali się z bagnetem w ręku za resztkami niemieckiego bataljonu, uciekającego w stronę miasteczka. Oddział jeźdźców przejechał gościńcem. Byli to dragoni, przybywający na dokonanie ostatecznego pogromu. Ale konie ich były zmęczone; rzekłbyś że tylko gorączka zwycięztwa, która im się udzieliła od ludzi, trzymała je na nogach. Jeden z tych dragonów zatrzymał się tuż przy bramie parkowej. Koń zaczął chciwie pożerać trawy przydrożne, tamten zaś siedział skulony na siodle, jak gdyby spał. Desnoyers dotknął go w biodro, chcąc go obudzić, lecz jeździec spadł natychmiast na