Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/025

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Desnoyers'owi wydało się, że obaj krzyknęli to samo.
Nad głowami podniosły się dwa prostopadłe znaki: ramię księdza nakreśliło w powietrzu krzyż; szabla dowódcy zaświeciła jednocześnie sinym blaskiem, trzask suchy, okrągły, a po nim kilka spóźnionych wystrzałów.
Don Marcelego zdjęła litość nad biedną ludzkością, na widok dziwacznych kształtów, jakie przybierała w chwili śmierci. Jedni osunęli się jak nawpół puste worki; inni potoczyli się jak kłębki; inni jeszcze skoczyli w górę z rozpostartemi rękoma i padli plackiem jak gdyby mieli pływać! Desnoyers widział jak z tego ludzkiego stosu wysuwały się nogi skręcone wstrząsami konania. Kilku żołnierzy zbliżyło się jak myśliwi, mający dobijać zwierzynę. Z pomiędzy drgających członków podniosły się białe włosy i wątła ręka, usiłująca powtórzyć znak krzyża. Kilka wystrzałów i uderzeń kolb w siny stos ociekający krwią... I ostatnie przejawy życia ucichły na zawsze.
Oficer zapalił cygaro.
— Służę panu — rzekł z urągliwą dworskością.
I wrócili automobilem do zamku.
Najeźdźcy przeobrazili całkowicie jego wygląd. Podczas nieobecności właściciela umieszczono tam liczną straż. Cały pułk piechoty obozował w parku. Mnóstwo ludzi, zasiadłszy pod drzewami, przygotowywało posiłek w ruchomych kuchniach. Klomby i kwietniki w ogrodzie, egzotyczne rośliny, aleje starannie wygracowane i posypane piaskiem wszystko to było pode-