Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/076

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nych zakładach ulicznych słuchano go z całem uszanowaniem, na jakie zasługuje taki pan, który, będąc cudzoziemcem, może lepiej niż inni rozumieć się na rzeczach zagranicznych.
— Kozacy nauczą rozumu tych bandytów — mówił z całą pewnością. — Nim minie miesiąc wejdą do Berlina.
A jego słuchacze, składający się przeważnie z kobiet, matek i żon tych, którzy poszli na wojnę, potakiwali skromnie z tem nieprzepartem pragnieniem, jakiego doświadczamy wszyscy, by złożyć nasze nadzieje w czemś dalekiem i tajemniczem. Francuzi obronią kraj, odzyskają utracone ziemie, ale ostatni cios zadadzą kozacy, ci kozacy, o których mówili wszyscy, a których mało kto widział.
Jedynym, który ich znał był Czernow i ku wielkiemu zgorszeniu Argensoli słuchał jego słów nie okazując zapału. Kozacy byli dla niego jedynie częścią wojsk rosyjskich. Dobrzy żołnierze, bez wątpienia; ale zgoła niezdolni dokonywać tych cudów, jakie im wszyscy przypisywali.
— Ten Czernow! — wykrzykiwał Argensola — ponieważ nienawidzi cara, więc wszystko wydaje mu się złem w jego kraju. To fanatyczny rewolucjonista... a ja jestem nieprzyjacielem wszystkich fanatyków.
Juljan słuchał z roztargnieniem wieści, jakie mu znosił towarzysz; wstrząsających artykułów, odczytywanych deklamatorskim tonem, planów kampanji, jakie tamten rozwijał przed olbrzymią mapą, zawieszoną na ścianie pracowni i najeżoną chorągiewkami, o-