Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kilku rezerwistów szło śpiewając ze sztandarem. Popychali się i żartowali i łatwo było zgadnąć po ich podnieceniu, że musieli zatrzymywać się we wszystkich tawernach spotykanych po drodze. Jeden z nich nie przestając śpiewać ściskał rękę staruszki, która szła obok niego pogodna i z suchemi oczyma. Matka zbierała wszystkie siły, aby towarzyszyć swemu chłopcu z udaną wesołością aż do ostatniej chwili.
Inni nadchodzili pojedyńczo zdala od kolegów, ale mimoto nie szli sami. Karabin sterczał im na jednem ramieniu, plecy obciążał tornister, czerwone spodnie migały wśród fałd błękitnego płaszcza, fajka dymiła pod daszkiem kepi. Przed jednym z nich postępowało czworo dzieci zszeregowanych podług wzrostu. Odwracały główki, by z zachwytem spoglądać na ojca, który nagle jakby urósł wśród tych wojskowych przyborów. U jego boku postępowała żona słodka i uległa jak w pierwszych tygodniach po ślubie, czując w swej prostej duszy jakby nowy rozkwit miłości, spóźnioną wiosnę, zrodzoną pod wpływem niebezpieczeństwa.
Mąż, robotnik paryski, który może przed miesiącem śpiewał Międzynarodówkę, domagając się zniknięcia wojsk i braterstwa wszystkich ludów, szedł teraz na spotkanie śmierci. Żona połykała łzy i patrzyła na niego z uwielbieniem. Miłość i żal cisnęły jej na usta coraz nowe przestrogi. Włożyła do tornistra najlepsze chustki, trochę żywności jaką miała w domu, wszystkie pieniądze. Mąż niech się nie troszczy o nią i o dzieci. Poradzą sobie jak się da. Rząd i dobrzy ludzie zajmą się ich losem.