Strona:Henryk Sienkiewicz-W pustyni i w puszczy.djvu/325

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   317   —

chwila. Potem zaczęła się rzucać, jak ryba wyjęta z wody, i trwało to prawie do rana. Dopiero nad samem ranem siły jej wyczerpały się zupełnie i główka opadła na posłaniu.
— Słabo mi! słabo! — powtórzyła. — Stasiu, ja lecę gdzieś na dół.
Poczem zamknęła oczy.
Staś w pierwszej chwili przeraził się okropnie, myślał bowiem, że umarła. Ale to był tylko koniec pierwszego paroksyzmu tej strasznej afrykańskiej febry, zwanej zgubną, której dwa ataki ludzie silni i zdrowi mogą przetrzymać; trzeciego nie przetrzymał dotychczas nikt. Podróżnicy opowiadali o tem często w Port-Saidzie, w domu pana Rawlisona, a jeszcze częściej wracający do Europy misyonarze katoliccy, których pan Tarkowski gościnnie u siebie przyjmował. Drugi atak przychodził po kilku lub kilkunastu dniach, trzeci zaś, jeśli nie przyszedł w ciągu dwu tygodni, to nie był śmiertelny, gdyż liczył się, jako znów pierwszy, w drugim nawrocie choroby. Staś wiedział, że jedynem lekarstwem, jakie mogło przerwać lub pooddalać od siebie ataki, były duże dawki chininy, ale nie miał już jej ani atomu.
Na razie jednak, widząc, że Nel oddycha, uspokoił się nieco — i począł się za nią modlić. A tymczasem słońce wyskoczyło z poza skał wąwozu i uczynił się dzień. Słoń upominał się już o śniadanie, a od strony rozlewu, który tworzyła rzeka, ozwały się krzyki wodnego ptactwa. Chcąc zabić parę pentarek na rosół dla Nel, chłopiec wziął strzelbę śrutówkę i podszedł wzdłuż rzeki ku kępie wysokich krzewów, na których ptaki te