Strona:Henryk Sienkiewicz-Potop (1888) t.4.djvu/187

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — A ja ci mówię, że ty Kmicica nie znasz! — wtrącił król.

    — Jakto, miłościwy panie?.…

    — Boś znał wielkiego żołnierza, ale swawolnika i radziwiłłowskiego w zdradzie socyusza… A tu stoi Hektor częstochowski, któremu Jasna Góra po księdzu Kordeckim najwięcej zawdzięcza, tu stoi obrońca ojczyzny i sługa mój wierny, który mnie własną piersią zastawił i życie mi ocalił, gdym w wąwozach, jako między stadem wilków, dostał się między Swedów. Takito ów nowy Kmicic… Poznajże go i pokochaj, bo wart tego!

    Pan Wołodyjowski począł ruszać żółtemi wąsikami, nie wiedząc, co rzec, a król dodał:

    — I wiedz o tem, że nietylko on nic księciu Bogusławowi nie obiecywał, ale pierwszy na nim za ich praktyki zemstę wywarł, bo go porwał i chciał go w wasze ręce wydać.

    — I nas ostrzegł przed księciem wojewodą wileńskim! — zawołał mały rycerz. — Jakiż anioł tak waszmości nawrócił?

    — Uściskajcie się! — rzekł król.

    — Odrazum waszmości pokochał! — ozwał się pan Kmicic.

    Więc padli sobie w objęcia, a król patrzył na to i usta raz po razu, wedle swojego zwyczaju, z zadowoleniem wydymał. Kmicic zaś ściskał tak serdecznie małego rycerza, że aż go w górę podniósł jak kota i nieprędko napowrót na nogi postawił.

    Poczem król wyszedł na codzienną naradę, zwłaszcza że i obaj hetmani koronni przybyli do Lwowa, którzy mieli tam wojsko tworzyć, aby później poprowadzić je w pomoc panu Czarnieckiemu i konfede-