Strona:Henryk Sienkiewicz-Potop (1888) t.4.djvu/181

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    steczkiem widzieliśmy cię ostatni raz, całego we krwi unurzonego.

    Pan Michał pochylił się do kolan pańskich i odrzekł:

    — I w Warszawie później, miłościwy panie, byłem też w zamku z dzisiejszym panem kasztelanem kijowskim.

    — A służysz ciągle? Nie zachciało ci się to domowych wczasów użyć?

    — Bo Rzeczpospolita była w potrzebie, a w onych zawieruchach i substancya przepadła. Nie mam, gdziebym głowę złożył, miłościwy panie, ale sobie nie przykrzę, tak myśląc, że to dla majestatu i ojczyzny pierwsza żołnierska powinność.

    — Bodaj takich więcej! bodaj więcej… Nie panoszyłby się nieprzyjaciel. Da Bóg, przyjdzie czas i na nagrody, a teraz powiadaj, coście z wojewodą wileńskim uczynili?

    — Wojewoda wileński na sądzie Bożym. Właśnie wtedy z niego duch wyszedł, gdyśmy do ostatniego szturmu szli.

    — Jakżeto ono było?

    — Oto jest relacya wojewody witebskiego — rzekł pan Michał.

    Król wziął pismo i zaczął czytać, ale ledwie zaczął, zaraz przerwał:

    — Myli się w tem pan Sapieha — rzekł — pisząc, iż wielka litewska buława vacat; nie vacat, bo jemu ją oddaję.

    — Niema też nad niego godniejszego — odrzekł pan Michał — i całe wojsko będzie do śmierci waszej kr. mości za ten uczynek wdzięczne.