Strona:Henryk Sienkiewicz-Potop (1888) t.3.djvu/415

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Szturm dzisiejszy — rzekł — żadnych nie przyniósł rezultatów. Prochy nasze się kończą; lud zmarniał w połowie, reszta zniechęcona, klęski nie zwycięstwa wygląda. Zapasów już nie mamy, posiłków nie możem się spodziewać.
— A klasztor, jako pierwszego dnia oblężenia, nienaruszony stoi! — dodał Sadowski.
— Co nam pozostaje?
— Hańba…
— Odebrałem rozkazy, — rzekł jenerał — bym prędzej kończył lub odstąpił i szedł do Prus.
— Co nam pozostaje?… — powtórzył książe Heski.
Wszystkie oczy zwróciły się na Wrzeszczowicza, ten zaś rzekł:
— Ratować honor!
Śmiech krótki, urywany, podobniejszy do zgrzytu zębów, wydobył się z ust Müllera, którego Poliocertesem zwano.
— Pan Wrzeszczowicz chce nas nauczyć, jak wskrzeszać zmarłych! — rzekł.
Wrzeszczowicz udał, że nie słyszy.
— Honor uratowali tylko polegli! — rzekł Sadowski.
Müller począł tracić zimną krew:
— I ten klasztor stoi tam jeszcze?… Ta Jasna Góra, ten kurnik??… I ja go nie zdobyłem?!… I my odstępujemy?… Czarylito, sen, czy mówię na jawie?…
— Ten klasztor, ta Jasna Góra stoi tam jeszcze, — powtórzył słowo w słowo książe Heski — i my odstępujemy… pobici!…
Nastała chwila milczenia; zdawało się, że wódz