Strona:Henryk Sienkiewicz-Potop (1888) t.3.djvu/057

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    prostujem na Ostrołękę, a ztamtąd puszczą aż pod Pułtusk i Warszawę.

    — Gdzieto ona Sobota?

    — Niedaleko Piątku, wasza miłość.

    — Kpisz, Kiemlicz?

    — Zaśbym śmiał! — odrzekł stary, krzyżując ręce na piersiach i skłaniając głowę — jeno się tam tak dziwnie miasteczka nazywają. To za Łowiczem, wasza miłość, ale jeszcze kawał drogi.

    — I jarmarki znaczne w onej Sobocie?

    — Nie takie, jak w Łowiczu, ale jest jeden w tej porze, na który nawet i z Prus konie pędzą i ludu siła się zjeżdża. Pewnie tego roku nie będzie gorzej, bo tam spokojnie. Szwedzi wszędy panują i po miastach załogi mają. Choćby się kto chciał ruszyć, to i nie może.

    — Tedy przyjmuję twój sposób!… Pojedziemy z końmi, za które z góry ci zapłacę, abyś szkody nie miał.

    — Dziękuję waszej miłości za poratowanie.

    — Przygotuj jeno kożuchy, czapki i szable proste, bo zaraz jedziem. A zapowiedz synalom i czeladzi, ktom jest, jak się nazywam i że z końmi jadę, a wyście do pomocy najęci. Ruszaj!

    A gdy stary zwrócił się ku drzwiom, pan Andrzej rzekł jeszcze:

    — I nie będzie mnie nikt nazywał miłością, ni komendantem, ani pułkownikiem, jeno waszecią, a z nazwiska Babiniczem!

    Kiemlicz wyszedł i w godzinę później siedzieli już wszyscy na koniach, gotowi ruszyć w daleką drogę.

    Pan Kmicic, przybrany w szarą chudopacholską świtę, w takąż czapkę z wytartym barankiem i z prze-