Strona:Henryk Sienkiewicz-Potop (1888) t.3.djvu/054

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    siowi; pytać o chorągiew laudańską pana Wołodyjowskiego i samemu pułkownikowi w ręce oddać…

    Stary począł mrógać chytrze i tak myślał:

    — To widzę robota na wszystkie strony, kiedy już i z konfederatami się wąchają; będzie ukrop! będzie!…

    Poczem rzekł głośno:

    — Wasza miłość! Jeśli to nie tak pilne pismo, to możeby, wyjechawszy z lasów, komu po drodze oddać. Siła tu szlachty konfederatom sprzyja i każdy chętnie odwiezie, a nam się jeden więcej człowiek zostanie.

    — Toś roztropnie wykalkulował, — rzekł Kmicic — bo lepiej, żeby ten, co zawiezie list, nie wiedział, od kogo wiezie. A czy prędko wyjedziem z lasów?

    — Jak wasza miłość chce. Może jechać i dwie niedziele, albo jutro wyjechać.

    — Tedy potem o tem, a teraz słuchaj mnie pilno, Kiemlicz!

    — Zważam wszystkim rozumem, wasza miłość.

    — Ogłosili mnie — rzekł Kmicic — w całej Rzeczypospolitej za okrutnika i hetmańskiego zaprzedańca, albo zgoła szwedzkiego. Gdyby król jegomość wiedział, ktom jest, mógłby mnie nie ufać i intencyą moją wzgardzić, która jeżeli nie jest szczera, Bóg widzi! Uważaj, Kiemlicz!

    — Uważam, wasza miłość.

    — Tedy nie nazywam się Kmicic, jeno Babinicz, rozumiesz? Nikt nie ma mego prawdziwego przezwiska wiedzieć. Gęby mi nie otworzyć, pary nie puścić. A będą pytać, zkąd jestem, to powiesz, żeś się po drodze do mnie przyłączył i nie wiesz; natomiast rzekniesz: kto ciekaw, niech się samego pyta.

    — Rozumiem, wasza miłość.