Strona:Henryk Sienkiewicz-Potop (1888) t.1.djvu/277

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mnie z rozkazem przyszła — rzekł nosacz. — Słuchaj więc waść i zakonotuj sobie nazwiska, jeśli ci głowy nie staje, aby spamiętać. To jest pan Skrzetuski, ów zbarażczyk i jego stryjeczny Stanisław.
— Wielki Boże, co słyszę! — zakrzyknął Harasimowicz.
— To pan Zagłoba.
— Wielki Boże! co słyszę!...
— Jeśliś się waćpan tak skonfundował, usłyszawszy moje nazwisko — rzekł Zagłoba — zrozum, jak nieprzyjaciele w polu muszą się konfundować.
— A to pan pułkownik Wołodyjowski — dokończył Charłamp.
— I to głośna szabla a przytem radziwiłłowska — rzekł z ukłonem Harasimowicz. — Księciu panu głowa pęka od roboty, ale przecie dla takich rycerzy znajdzie czas, niezawodnie znajdzie... Tymczasem, czem można służyć waszmościom? Cały zamek na usługi miłych gości i piwniczka także.
— Słyszeliśmy o sławnych miodach kiejdańskich — rzekł pośpiesznie Zagłoba.
— A tak! — odrzekł Harasimowicz — sławne miody w Kiejdanach, sławne! Zaraz tu przyszlę do wyboru. Mam nadzieję, że waszmościowie dobrodzieje dłużej tu zabawicie.
— Po to my tu i przyjechali, żeby od boku księcia wojewody nie odstępować — rzekł pan Stanisław.
— Chwalebna intencya waszmościów, tem chwalebniejsza, że tak ciężkie czasy idą.
To rzekłszy Harasimowicz, skurczył się i stał się tak mały, jakby go łokieć ubyło.