Strona:Henryk Sienkiewicz-Potop (1888) t.1.djvu/130

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    mianowicie piesi, szli mniej sprawnie, czyniąc brzęk bronią, gawędząc i ziewając głośno, a chwilami klnąc wrażego Kmicica, który ich słodkiego wczasu pozbawił; tak doszli aż pod Wołmontowicze, przed któremi wysunął się ku nim zbrojny oddział.

    — Stój! kto jedzie? — poczęły wołać głosy z owego oddziału.

    — Gasztowtowie!

    — My Butrymi, Domaszewicze już są.

    — Kto u was dowodzi? — pytał pan Wołodyjowski.

    — Józwa Beznogi, do usług pana pułkownika.

    — Macie wieści?

    — Do Lubicza ją porwał. Przeszli bagnami, by przez Wołmontowicze nie przechodzić.

    — Do Lubicza? — pytał ze zdziwieniem pan Wołodyjowski. — Cóż on się tam myśli bronić? przecie Lubicz nie forteca?

    — W siłę widać ufa. Ludzi przy nim ze dwieście! Pewnie też dostatki chce z Lubicza zabrać; wozy mają ze sobą i koni luźnych kupę. Musiał nie wiedzieć o powrocie naszym z wojska, bo śmiało sobie poczyna.

    — Dobra nasza! — rzekł pan Wołodyjowski. — To nam się nie wymknie. Strzelby ile u was?

    — U nas Butrymów sztuk ze trzydzieści, u Domaszewiczów dwa razy tyle.

    — Dobrze. Niech pięćdziesiąt ludzi ze strzelbami ruszy pod waszecią bronić przepraw na bagnach — żywo! Reszta pójdzie ze mną. O siekierach pamiętać!

    — Wedle rozkazu!

    Uczynił się ruch; mały oddział ruszył truchtem ku bagnom pod Józwa Beznogim.