Strona:Henryk Sienkiewicz-Potop (1888) t.1.djvu/044

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Len mędliła na mędlicy!“ — co widząc pan Uhlik, dobył z zanadrza czekanika i nuż wtórować, a pan Ranicki, wielki fechtmistrz, fechtował się gołą ręką z niewidzialnym przeciwnikiem, powtarzając półgłosem:
— Ty tak, ja tak! ty tniesz, ja mach! raz! dwa! trzy! — szach!
Olbrzymi Kulwiec-Hippocentaurus wytrzeszczał oczy i przypatrywał się pilnie czas jakiś Ranickiemu, nakoniec kiwnął ręką i rzekł:
— Kiep z ciebie! Machaj zdrów, a taki Kmicicowi na szable nie dotrzymasz.
— Bo jemu nikt nie dotrzyma, ale ty się spróbuj!
— I ze mną na pistolety nie wygrasz.
— O dukat strzał.
— O dukat! A gdzie i do czego?
Ranicki powlókł wzrokiem naokoło, nakoniec wykrzyknął, wskazując na czaszki:
— Między rogi! o dukat!
— O co? — spytał Kmicic.
— Między rogi! o dwa dukaty! o trzy! dawajcie pistolety!
— Zgoda! — krzyknął pan Andrzej. — Niech idzie o trzy. Zend! po pistolety!
Poczęli krzyczeć wszyscy coraz głośniej i targować się ze sobą; tymczasem Zend wyszedł do sieni i po małej chwili wrócił z pistoletami, workiem kul i rogiem z prochem.
Ranicki chwycił za pistolet.
— Nabity? — spytał.
— Nabity!