Strona:Henryk Sienkiewicz-Ogniem i mieczem (1901) t.1.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Skrzetuski. — Konie wprowadzać na statki i czekać na mnie!
Tymczasem w izbie stary chorąży rzekł do Zagłoby:
— Słyszałem, że podobno waść teraz pułkownikom kozackim dworujesz i z nimi pijesz.
Pro publico bono, mości chorąży.
— Obrotny masz waść dowcip i podobno od wstydu większy. Chcesz sobie kozaków in poculis skonwinkować, by przyjaciółmi ci byli w razie zwycięstwa.
— Choćbym też, będąc męczennikiem tureckim, nie chciał zostać i kozackim, nie byłoby nic dziwnego, bo dwa grzyby mogą najlepszy barszcz popsować. A co do wstydu, nikogo nie zapraszam, by go pił ze mną — sam go wypiję, i da Bóg, że mi nie będzie gorzej od tego miodu smakował. Zasługa, jako olej, musi na wierzch wypłynąć.
W tej chwili wrócił Skrzetuski.
— Ludzie już ruszają — rzekł.
Zaćwilichowski nalał miarkę:
— Za szczęśliwą podróż!
— I zdrowy powrót! — dodał pan Zagłoba.
— Będzie się wam dobrze jechało, bo woda ogromna.
— Siadajcie waszmościowie, wypijem resztę. Niewielki to antałek.
Siedli i pili.
— Ciekawy kraj waść zobaczysz — mówił Zaćwilichowski. — A kłaniaj się panu Grodzickiemu w Kudaku! Ej, żołnierz to, żołnierz! Na końcu świata siedzi, daleko od hetmańskich oczu, a porządek u niego taki, że daj Boże w całej Rzeczypospolitej podobny. Znam ja dobrze Kudak i porohy. Za dawnych lat częściej się