Strona:Henryk Sienkiewicz-Na polu chwały 1906.pdf/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czeniem w bok, drugiego, — z młyńca przez policzek... Jacku!...
Lecz Jacek nie dosłyszał, bo był naprzód odjechał, a staruszek nie powtórzył wołania. Owszem, stropił się bardzo, gdyż przyszło mu na myśl, że nie wypada duchownemu, który jedzie z sakramentami, o takich rzeczach rozmyślać. Począł się tedy kruszyć i przepraszać pana Boga.
Ale na duszy było mu coraz ciężej. Opanowało go nagle złe przeczucie, które zmieniło się niemal w pewność, że ten dziwny pojedynek, bez świadków, skończy się jak najgorzej dla Jacka.
Tymczasem dojechali do poprzecznej drogi, która w prawo szła do Wyrąbków, w lewo Bełczączki. Woźnica, jak miał rozkaz, stanął. Taczewski przysunął się do sani i zeskoczył z podjezdka.
— Pójdę pod figurę piechotą, — rzekł — bo nim sanie Jegomości odwiozą i ku nam wrócą, niewiedziałbym co z koniem uczynić. Oni tam może już są.
— Jeszcze niema południa, ale blizko — odpowiedział ksiądz zmienionym nieco głosem. A jaka mgła! Po omacku będziecie się bili.
— Ej, dość widać!
Krakanie niewidzialnych wron, czy kruków znów ozwało się nad ich głowami.
— Jacku! — rzekł ksiądz.
— Słucham.
— Bo skoro już ma do tego przyjść, to pamiętaj na rycerzy z Taczewa.
— Nie powstydzą się mnie, ojcze — nie!
Jakoż staruszek zauważył, że rysy młodzieńca jak gdyby stwardniały, a oczy nie pozbyły się wprawdzie smutku, ale nie miały już takiej dziewczęcej słodyczy jak zwykle.