Strona:Henryk Sienkiewicz-Listy z Afryki.djvu/214

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    bucha we wszystkich armiach, tylko z powodu nadmiernych trudów i braku dachu nad głową.
    Zresztą o klimat Zanzibaru lub Bagamoyo nie myślę z nikim kopii kruszyć.
    Po dwóch tygodniach pobytu, dał on się dobrze we znaki mnie i memu towarzyszowi. Noce spędzaliśmy za przepierzeniami naszego hotelu bezsennie, słuchając pieśni moskitów, krzyków żórawia koroniastego i bębnienia murzynów. Od moskitów broniły wprawdzie rozwieszone nad łóżkami moskitiery, ale niezupełnie, gdy zaś przyszło pisać wieczorem list lub przeczytać parę kartek metody ki-suahili-francuskiej — puchły nam ręce i uszy. Wówczas to, na listowne pytanie jednego z moich znajomych myśliwych: com zabił w Zanzibarze, musiałem odpowiedzieć, chcąc się nie minąć z prawdą: nadzwyczajną ilość komarów i nic więcej. Z mrówkami na oknach i salamandrami na pułapie, żyliśmy nie nadto poufale, ale dość zgodnie — z upałem wszelako, z tym cieplarnianym, ciężkim i wilgotnym upałem, niepodobna było się zżyć. Niebawem począł on nam się dawać i w inny sposób we znaki. Skóra na ciele pokryła nam się cętkami, pięknego czerwonego koloru, które piekły, jak ukłócia rozpalonych do białości szpilek.