Strona:Henryk Ibsen - Wybór dramatów.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


STOCKMANN. Wiem o tém wszystkiém, panie Thomsen.
THOMSEN. A więc widzi pan, z łatwością przyszłoby mi podać adres, gdyby się sprawy zaogniły.
STOCKMANN. Adres?
THOMSEN. Tak, rodzaj dziękczynnego adresu od obywateli z powodu, iż pan ujawniłeś rzecz tak ważną. Ma się rozumiéć, iż adres powinien być ułożony w sposób oględny, ażeby nie urazić powag i tych, co piastują władzę. Ale jeśli zachowamy tę ostrożność, nikt za złe wziąć go nie może.
HAUSTAD. Chociażby nawet patrzano nań krzywém okiem...
THOMSEN. Nie, nie, nie, żadnego przytyku do powag, panie Haustad. Żadnéj opozycyi względem ludzi, którzy są nam tak blizcy. W tym względzie mam pewne doświadczenie; to do niczego dobrego nie doprowadzi. Jednakże umiarkowane, chociażby nawet swobodnie wypowiedziane zdanie żadnego obywatela obrazić nie może.
STOCKMANN (ściskając mu rękę). Nie mogę wypowiedziéć, kochany panie Thomsen, jak jestem szczęśliwy, że się współobywatele około mnie skupiają... Czy mógłbym panu służyć szklaneczką sherry?
THOMSEN. Dziękuję bardzo. Nie pijam wcale spirytualiów.
STOCKMANN. To może szklanką piwa.
THOMSEN. Dziękuję, dziękuję i za to, panie doktorze. Tak rano niczego nie pijam... Teraz śpieszę do miasta, ażeby się naradzić z częścią właścicieli domów i wpłynąć na ich zdanie.
STOCKMANN. Wdzięczny panu jestem za tę gotowość, ale doprawdy nie chce mi się w głowie pomieścić, ażeby te wszystkie zabiegi były potrzebne. Zdaje mi się, iż rzecz powinna pójść sama przez się.
THOMSEN (z uśmiechem). Panie doktorze, z powagami rzeczy nie idą tak łatwo.
HAUSTAD. Jutro w „Pośle ludu” damy im trochę bodźca.
THOMSEN. Tylko nie zbyt silnego! Zważaj pan na moje rady, gdyż w szkole życia nabyłem trochę doświadczenia... A teraz żegnam, panie doktorze. W każdym wypadku małe mieszczaństwo stanie jak mur za panem. Będziesz miał zwartą większość po swojéj stronie.
STOCKMANN. Jeszcze raz serdeczne dzięki, kochany panie Thomsen. (ściska go za rękę). Do zobaczenia!
THOMSEN. Do zobaczenia, panie doktorze. (żegna się i wychodzi przez przedpokój ze Stockmanem, który go odprowadza).
HAUSTAD (skoro doktór powrócił). No, cóż pan na to mówi, panie doktorze? Czyż nie czas rzucić się na to ospalstwo, na to tchórzostwo?
STOCKMANN. Mówisz pan o Thomsenie?
HAUSTAD. Tak. Jakkolwiek dzielny w niektórych razach,