Strona:Helena Mniszek - Zaszumiały pióra.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— „Już nie wiele, już tylko rok“ — mówiły usta dziewczęce i myśl gnała w potężne mury miasta, w ciasny „piereułok“ na trzecie piętro — do niego.
Ale czarny ptak niedoli załopotał skrzydłami, ostre szpony wpił w brzemienną pracę i rwał ją bezwzględnie.
Audytorja puste! Fatum powtarza się, czy na długo?...
Jurek tarł blade czoło, nadzieja ulatywała, rozpacz szła do niego ponura, jak deszczowa noc.
— Znowu strata czasu, może całe półrocze?...
Boże!... — jęknął załamując ręce.
Zwrócił jego uwagę szelest między papierami, spojrzał z pod palców splecionych na czole.
Ze stosów bibuły wyglądała szara kulka, jak wełniany kłębuszek. Małe oczka czarne, niby dżety, spoglądały bystro, wcale nie przestraszone. Sterczące wąsy przy mordce poruszały się komicznym ruchem, uszka strzygły zapamiętale.
Jurek wzruszył ramionami, zły zacisnął mocniej ręce na czole. Nie zabawiała go dziś jego ulubiona towarzyszka samotności. Przeciwnie, zirytowała. Ale mysz śmiało posunęła się naprzód. Oczka szukały żeru, wreszcie dopadła do bułki i zaczęła w nią skrobać ząbkami.
Jurek siedział pogrążony w myślach. Godziny mijały. Krótki dzień jesienny zwolna zasypiał. Zdawało się, że powietrze wchłania w siebie i roztapia popiół. Szare macki przedwieczorne rozłaziły się po dachach, omaszczały mury. Nagle do izdebki wpłynął głuchy bas dzwonu. Zakołatał, obił o ściany i poszedł dalej, wywołując echa. Za nim runęły barytonem inne dzwony, podnosząc i zniżając głos — od pianissima do ostrego staccata. Rozbrzmiały wieczorne hymny, szedł metaliczny śpiew co raz donośniej, dźwiękliwiej. Soprany, tenory, alty zlały się w bezmiar tonów, w nieskończony spiżowy huk.
Jurek podniósł głowę, słuchał z natężeniem, jakby pierwszy raz.
— Sobory grają — szepnął.
Odjął ręce od czoła i rzucił je na stół.
— Wieczna pieśń tęsknoty — dla mnie — rzekł ze smutkiem.
Zmrużył oczy i w duszy mu zadźwięczał świergot sygnaturki w rodzinnym kościółku, zapachniały mu lipy kwitnące,