Strona:Helena Mniszek - Zaszumiały pióra.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Prozerpina rzuciła się w ramiona zbolałej matki. Ostatni, słoneczny uśmiech dała jej na pożegnanie i otoczona hufcem podziemnych rot, weszła w państwo Plutona. Cerber stugłowy, powitał ją przyjaznem kłapaniem strasznych paszcz, a gdy odeszła zawarł bramę Tartaru i stanął na straży, wyszczerzając z wściekłością nowe, groźne kły.
Cerera leżała na ziemi wyjąc z bólu.
Ale gdy piękną Prozerpinę wziął w swe dębowe ramiona potężny Pluton, małżonek jej i pan, i tulił śliczną boginkę namiętnym uściskiem i całował ją i pieścił, matka Cerera rozerwała szaty. Żal okrutny, ból, zawiść szarpnęły nią z siłą morskiej nawałnicy, i płacz jej buchnął po ziemi. Szloch i jęk zatrząsł jej królestwem.
I oto w przyrodzie lunęły deszcze, wielkie kropliste, zaciemniając falą świat. Płakały drzewa, spłynęły wodą suche trawy. Nagie gałęzie wznosiły żałośnie w górę sterczące badyle. Łkanie napełniło przestwór.
Wszystko wołało dokoła.
— Jesień! jesień.... beznadziejna jesień.
Symbol żałoby matki Cerery.
Na Olimpie Jowisz zły na Cererę mruczał:
— I czego ta baba wyrzeka? zbabrała mi ziemię łzami.
Poczem jął zbierać sine opary z łez Cerery i zamrażać je na przyszły śnieg.
— Zasypię babę, dość mam jęku.
A Cerera płakała wciąż.