Strona:Helena Mniszek - Zaszumiały pióra.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wtedy rozciąga nad nimi skrzydła — Przeznaczenie. Ono sieje dobre uczucia i rozdaje ludziom.
Ale Fatum czyha zawsze by zniszczyć jego twory. Walka trwa, rozstrzyga zaś ją skłonność ludzkiej jaźni do dobrych lub złych instynktów. Czasem, gdy obie skłonności się zrównoważą, walka nie ustaje.
— Więc mylnem jest sądzenie, że nikt się nie obroni od Przeznaczenia? — pytało pacholę.
Przeznaczenie swoje każdy nosi w sobie — powtórzył Los. — I ty młodzieniaszku, gdybyś nie doznał przesytu i wstrętu wśród maków, byłbyś przez nie pochłoniętym. Grzązłeś w nich, pchany namiętnością, przejrzałeś, z pomocą rozumu — więc myśli, cierpiałeś zawiedzionem uczuciem miłości, ocalił cię dobry instynkt, Przeznaczenie zaś wyniosło cię z nieszczęścia.
— A wy oboje co robiliście?
— My byliśmy bierni. Gdyśmy zauważyli w tobie moc Przeznaczenia uratowaliśmy ciebie. Ale my jesteśmy zmienni, służymy tak samo Przeznaczeniu jak i Fatum. Takim jest udział nasz wśród ludzkości.
Mówiąc to, oboje znikli w mętnych oparach tajemniczych.
Pacholę uczuło że świt wstaje, świt jego szczęścia.
Roztęsknioną duszę wysłało na pasma, na różane smugi wstającej światłości, i ogarnęło je marzenie, błogość nieziemska. Pacholęciu zdawało się, że ma skrzydła u ramion. Zgarnęło moc kłosów złotych na swą jasną głowę i całując je w uniesieniu, padło na kolana. Wzniosło ręce w górę, jakby do onej światłości duchowej i zawołało z pełnej piersi.
— Gratias tibi, o Domine!