Strona:Helena Mniszek - Zaszumiały pióra.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Słońce kapało złotem; łąki i pola mieniły się tęczą. Łany kłosiste żyta i pszenicy błyszczały jak atłas; i spokój i cisza była wielka.
Pomiędzy lasem kłosów szło młode pacholę, wysmukłe, bujne niewyczerpaną myślą, gorące zapałem. Szło pewne siebie, z wiarą w trafność swych kroków, z odwagą, nawet z zarozumiałością.
Lecz staruszek Los i matka Fortuna, pomni na młodość i niedoświadczenie pacholęcia, szli za niem w pewnem oddaleniu, uważając na każdy jego krok.
Ono zaś bawiło się wesoło, rwało po drodze zioła i kwiaty, plotło z nich cudowne wieńce i stroiło niemi głowę.
Wreszcie łąki ukwiecone skończyły się, nie widać było traw, ani ziół różnorodnych; tylko obszerny łan pszenicy.
Pacholę szło prędko, odpychając z niecierpliwością ziarniste dobre kłosy, które niby w pokłonach skłaniały ku niemu swe złote głowy. Pacholę gniewało się, obfity, ciężki łan drażnił je, męczył.
Oczyma szukało czegoś bardziej błyszczącego, świetniejszego.
Pacholę dążyło na oślep, popychane przez fantazję.
Szukało, aż znalazło.
Był to ogromny łan maków, krwisto-czerwonych, świecących jak rubiny, oprawne w złote ramy kłosów.
To były tylko wątłe, nikłe maki bez wartości, jedynie świecące zdaleka.
Biedny młodzieńczyk został oczarowany. Z żądzą młodocianą zaczął rwać pełnemi garściami piękne maki, tarzał się w nich, rozkoszował, i był taki szczęśliwy, taki rozpromieniony.
Los i Fortuna stali na boku milcząc.
Mówili do siebie oczyma:
— Niech się nacieszy, niech się upaja, niech rozkosz trwa.
Czy nastąpi przesyt?....