Strona:Helena Mniszek - Gehenna T. 1.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Nie, on sam przyjdzie, zaraz go tu wprowadź.
— Słucham.
Kozak wyszedł. Olelkowicz jął chodzić po gabinecie, niecierpliwił się coraz więcej. Ujrzał w białej amforze róże szkarłatne i stanął.
— To ona, to obraz Hańdzi, jej symbol, — szepnął do siebie z rozkosznem upojeniem.
I pomyślał, że szkarłatna róża nie może być dosłownie symbolem Andzi, a jednak była ona dla niego jakby jej uosobieniem; tak samo piękna, gorąca w kolorycie, płomienna i pełna słodkiej woni, nasiąkła czarem i jakimś dziwnym nimbem uroczym, rozkoszy pełna, wytworna w kształcie i dumna... Andzia jest pączkiem szkarłatnej róży, ale to jest jej obraz, to jej godło.
— Handziu!... — szepnął namiętnie — zanurzył twarz w pęku purpurowych kwiatów i chłonął ich woń wykwintną. Tulił płatki pachnące do ust spragnionych i szeptał im słowa pieściwe. Przypomniał sobie te chwile, tak już zdaje się odległe choć nie dawne, gdy Andzię miał w swych ramionach i wyczuł ustami aksamitną miękkość jej policzków, żar jej ust dziewiczych i gdy słyszał tętna bijące w jej żyłach, które on wywołał.
Jak ona wtedy kwitła, jak gorzała promieniście, jaki rozsiewała potężny wdzięk i urok.
— Szkarłatna, szkarłatna róża moja?
Nagle podniósł głowę od kwiatów, zbudził go z marzeń, szmer przy drzwiach. Wysoka postać stanęła na progu.
— Grześko!
Z tym okrzykiem podbiegł do borowego.
— Czy macie list?... dawajcie list prędzej.
Stary żałośnie kiwał głową.
— Niema jasny panie listu, Boże chorony, niema żadnego.
— Jakto?... Dlaczego?... — jęknął.
— A takim sposobem, że niedopuścili do mnie bojarzynki. Nakluczył ja się tęgo koło pałacu w Turzerogach, aż mnie on zdybał taj precz. Tak na mnie hadko patrzał, że i zły nie umiałby lepiej. Bojarzynka tyż widno chciała mnie nadybać, ale pilnowali, o ho, ho, pilnowali zdrowo, że i w więzieniu nie lepiej.
— Mój list oddaliście?...
— Ot! a jakżeby nie?... oddał samej bojarzynce, na drodze jak ze sadu szła, smutnieńka taka, że płakać chciał, ale ot już i potem jej nie zobaczył.
— Pewnie widział ktoś żeście list oddawali.
— Boże chorony!... ja to sprytnie zrobił.
Olelkowicz zasępił się. Przez parę dni oczekiwał z tęsknotą listu od Andzi i oto zawód, tem przykrzejszy, że nie był pewien dlaczego ona mu nie odpisała. Czyżby nie mogła istotnie oddać Grześkowi listu, czyżby była aż tak strzeżoną? Ale skądby znowu Kościesza wiedział, że Grześko list przyniósł