Strona:Helena Mniszek - Czciciele szatana.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

w życiu, tylu zabiegało o mnie; o nie sądź, że się chwalę, sam zresztą wiesz o tem, i nigdy żaden nie porwał mię tak, jak ty, ukochany, nigdy nie natrafiłam na swój, skończony w szczegółach typ. Zawsze albo jakiś źle robiony Apollo, albo nieźle robiony Ozyrys, lub też szczery sobie Apis au naturel bez pretensji do bóstwa lecz z mniej lub więcej dużemi pretensjami co, do swej osoby, zasadzającej się na najgrubszym materjalizmie. Pełna kieszeń, pełny żołądek oto jedyny cel, uciechy zmysłowe — jedyny ideał. Spotykałam pseudo-idealistów, w których po głębszem zbadaniu, prócz pozy nie było nic, spotykałam głowy do pozłoty, ślamazarów, lub też nędznych udawaczy demonów, tak dalekich od rzeczywistego demonizmu, że nawet naśladownictwo im się nie udawało. Ach, Boże, ileż typów już obserwowałam ludzkich i okrzyczanych za nadludzkich i, jak ja nazywam, podludzkich. W każdym wynajdowałam jakąś śmieszność, każdy posiadał jakąś piętę Achillesa, dyskredytującą go, każdemu potrafiłam odchylić jego maskę, w jaką się sztafirował do ludzi, z dobrą miną i pewnością siebie i swych szans. Żaden