Strona:Helena Mniszek - Czciciele szatana.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Pragnąłbym tak, jak wczoraj na galerji.
— A, ba! Nie można! To spowoduje...
— Co spowodowuje? no powiedz, zawsze jesteś szczerą.
— Spowodowuje niepokojące sny.
— U mnie również. Piekielne sny!
— A widzisz! No, do porządku. Będziemy teraz spożywali, co nam dadzą.
Zadzwoniła. Wchodzącemu lokajowi wydała polecenie.
Za chwilę stolik był nakryty wykwintnie.W pokoju rozeszła się aromatyczna woń wybornej kawy. Po odejściu służącego sam a ponalewała filiżanki i osłodziła. Patrzał na nią radośnie.
— Jakże ja lubię, gdy mi tak usługujesz, gdy mi podajesz kawę ranną lub poobiednią. Ogromnie lubię, gdy się tak dla mnie krzątasz.
Uśmiechnęła się do niego i podając mu srebrny kosz z ciastem, rzekła figlarnie.
— Jak niewolnica przed panem — co?...
— Albo przeciwnie.