Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Miałem słuszność; Klarimonda wyrzucała mi, że uciekłem ostatniego piątku. Prosiłem jej wówczas o przebaczenie i powiedziałem, że teraz widzę, iż głupio to było z mej strony i brzydko. Przebaczyła mi, ja zaś przyrzekłem jej, że już nigdy nie odejdę od tego okna. Pocałowaliśmy się, przyciskając długo usta do szyb.

Środa, 23 marca.
Teraz wiem, że ją kocham. Musi tak być, myśl o niej przenika mnie doszczętnie. Być może, że miłość innych ludzi nie jest taką. Ale nie ma przecie dwu zupełnie jednakowych na całym świecie głów, uszu, lub rąk, choć jest ich miliony. Wszystkie są różne, nie może więc jedna miłość być zupełnie równą drugiej. Dziwną jest moja miłość, wiem o tem. Ale czy skutkiem tego jest mniej piękną? Prawie, że uszczęśliwia mnie ta miłość.

Czwartek, 24 marca.
Doszedłem do niebywałego odkrycia: — to nie ja bawię się Klarimondą, — to ona bawi się mną.
Było to tak.
Wczoraj wieczorem myślałem, jak zwykle, o naszej zabawie. Wymyśliłem sobie pięć kłopotliwych następstw ruchów i zanotowałem je, by nimi ją dziś rano zakłopotać; każdy z nich miał swą liczbę. Ćwiczyłem się w ich wykonywaniu, by módz je uskutecznić jak najszybciej w kolejnem następstwie i z powrotem. A potem te z parzystemi liczbami, a potem tylko nieparzyste, oraz wszystkie pierwsze i ostatnie ruchy, co piąty. Trudnem to było, ale cieszyłem się, gdyż zbliżało to mnie do Klarimondy, chociaż jej nie widziałem. Godzinami ćwiczyłem się, tak że wreszcie szło wszystko jakby za pociągnięciem sznurka.
Dziś rano przystąpiłem do okna. Przywitaliśmy się, potem nastąpiła zabawa. To tak, to znów inaczej. Nie do