Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


pewną w swej silnej wierze w wszechmocną miłość hrabiego, iż nie wątpiła, że nawet tę ofiarę, tę największą, dla niej poniesie. Tak niezłomną była w swem bezgranicznem zaufaniu, że wstępując na schody odwróciła się i zalotnie się doń uśmiechnęła: — Poczekaj tylko na mnie!
Ostatni ten jej giest wydał mu się tak władczym, że Janowi Olieslagersowi kobieta ta zamajaczyła przed oczyma, jako niemal zachwycająca. W poświecie księżyca począł się przechadzać po parku, to tu, to tam, poglądając na zamek, czy nie ujrzy gdzie oświetlonego okna. Ale nie ujrzał żadnego. Zbliżył się wtedy, by usłyszeć choćby urywki słów, jakiś krzyk, jakieś histeryczne łkanie. Ale nie usłyszał nic. Ani chwili nie myślał o tem, by wejść do wnętrza, instyktownie unikał wszystkiego, co by mogło być dlań nieprzyjemne. Rozmyślał tylko nad tem, jak by musiał postąpić w przyszłości, w jaki sposób uwolnić się od tej kobiety, gdyby hrabia okazał się na tyle waryatem, by żonę swą mu odstąpić i do tego jeszcze ich wyposażyć. W jaki sposób jej się pozbędzie, nie okazując się ani szorstkim, ani brutalnym. Kilka razy uśmiechnął się cicho, uświadamiając sobie stronę komiczną całego tego wydarzenia. Nie był jednakże dość silnym, aby całe to wydarzenie wyzyskać. Potem poczęło go to wszystko nudzić, gdy całość wydarzenia rozważał wszechstronnie i nie mógł znaleźć rozwiązania, — w końcu przestał się tem wszystkiem zajmować. Nareszcie gdy wyspacerował się przez kilka godzin po parku, wydało mu się, jakoby to całe zdarzenie wcale się jego nie tyczyło. Jakby się to wszystko nie wiedzieć jak dawno było wydarzyło, być może nawet komu innemu, a nie jemu samemu. Ziewnął więc, wszedł do zamku, i udał się długimi korytarzami i po schodach do swego pokoju. Rozebrał się, zagwizdał cicho jakąś łobuzerską arję i położył się spać.