Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


raz z pewnym chińskim tłumaczem; uznał, że uwłaczałoby mu to, gdyby do obojga odezwał się słówkiem. Innym razem sama Ot-Chen była tą, która go oszukiwała; widzi pan przeto, że czynu tego nie spowodowała wcale szczególna miłość do tej kobiety. Migdałowe oczy jednego z mych indyjskich bojów, który ze mną do fortu Valmy pojechał, wywarły wrażenie na Ot-Chen, i chociaż nie mogli się ani słówkiem porozumieć, wnet byli gotowi. Hong-Dok znalazł ich w ogrodzie, ale nie ruszył nawet ręką ku swej żonie, a nawet przykro mu było, że ukarałem boja. To wszystko obchodziło go tyle, co jakiś pies szczekający na ulicy — zaledwie wtedy zwraca się na bok głowę.
Zdaje się być także zupełnie wykluczonem, aby człowiek o niedającym się wstrząsnąć spokoju filozoficznym Hong-Doka, choćby na chwilę stracił panowanie nad sobą pod wpływem wzburzenia uczuć. Aż do nadmiaru wykazało dochodzenie po jego ucieczce przeprowadzone z jego żonami i służbą, że Hong-Dok działanie swoje, aż do najdrobniejszego szczególiku, starannie rozważył, nim je w czyn wprowadził. Prócz tego kadet przez trzy miesiące chodził do kamiennego domu nad rzeką i podczas tego całego czasu utrzymywał stosunek z Ot-Chen, o czem Hong-Dok już po kilku tygodniach wiedział od jednego z swej służby. Mimo to pozostawił oboje w spokoju, a użył raczej tego czasu na to, by straszliwy rodzaj jego zemsty dojrzał w nim, którą to zemstę zapewne już w pierwszej chwili był postanowił.
Dlaczego jednakże uważał to wykroczenie jako ciężką obrazę ze strony kadeta, chociaż gdy je popełnił mój indyjski boj, zaledwie się uśmiechnął? Może się mylę, ale po długich rozmyślaniach zdaje się, odkryłem zawiłą drogę jego myśli. Hong-Dok był królem. Śmiejemy się,