Strona:Hamlet (William Shakespeare).djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Hamlet. Zaraz, łatwo da się powiedzieć. — Zostawcie
mnie, przyjaciele.

(Wychodzą: Rozenkranc, Gildenstern i Horacy).
405 

 Teraz jest właśnie czarodziejski, straszny
Ów okres nocy, w którym się podnoszą
Groby, i same piekła wyziewają
Na świat zarazę. O, terazbym gotów
Pić krew i takie rzeczy wykonywać,

410 

 Na których widok dzieńby zbladł: lecz teraz
Mam iść do matki. O serce, nie zaprzecz
Naturze mojej! Niech nigdy w to łono
Nie znajdzie wstępu Neronowa dusza!
Niech będę srogim, ale nie wyrodnym!

415 

 Sztylety w ustach mam, ale nie w dłoni!
Niechaj mój język będzie w tem spotkaniu
Obłudny względem serca, i jakkolwiek
Słowa me będą miotać się i srożyć,
Pieczęci, duszo, nie daj doń przyłożyć!

(Wychodzi).


SCENA III.
Pokój tamże.
KRÓL, ROZENKRANC i GILDENSTERN.


Król. Nie można mu dowierzać, nie byłoby
Nawet roztropnem, gdybyśmy mu dłużej
Wodze szaleństwa puszczać dali. Bądźcie
Więc w pogotowiu: skoro odbierzecie

Zlecenie, już się przygotowujące,
Natychmiast jedźcie z nim do Anglii. Dobro
Naszego państwa nie pozwala cierpieć
Takiej blizkości hazardu, na który
Wybryki jego z każdą chwilą bardziej
Nas wystawiają.

10 

Gildenstern. Będziem w pogotowiu.
Święta i bogobojna to troskliwość
Waszej Królewskiej Mości, bo tu idzie
O zachowanie bezpieczeństwa tylu
Tysięcy ludzi, które pod jej berłem
Żyją szczęśliwie.