Strona:Hamlet (William Shakespeare).djvu/043

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A i to światło gaśnie w oka mgnieniu.
Bądź odtąd trochę skąpsza w przystępności
I więcej sobie waż rozmowę swoją,

135 

 Niż wyzywanie drugich do rozmowy.
Co się zaś księcia Hamleta dotyczy,
Bacz na to, że on jeszcze młodzieniaszek,
I że mu więcej jest wolno, niż tobie
Może być wolno kiedykolwiek. Słowem,

140 

 Nie ufaj jego przysięgom, bo one
Są, jak kuglarze, czem innem, niż szaty
Ich pokazują: orędownicami
Bezbożnych chuci, biorącemi pozór
Świętości, aby tem łacniej usidlić

145 

 Naiwne serca. Krótko mówiąc, nie chcę,
Abyś od dziś dnia czas swój marnowała
Na zadawaniu się z księciem Hamletem.
Pamiętaj, nie chcę tego. Możesz odejść.

Ofelia. Będę-ć posłuszną, Panie.

(Wychodzą).


SCENA IV.
Taras zamkowy.
Wchodzą: HAMLET, HORACY i MARCELLUS.


Hamlet. Ostry wiatr wieje; przejmujące zimno.
Horacy. W istocie bardzo szczypiące powietrze.
Hamlet. Która godzina?
Horacy.Dwunasta dochodzi.
Marcellus. Dwunasta biła już.

Horacy.Już? Nie słyszałem.

Zbliża się zatem czas, o którym widmo
Zwykło się jawić.

(Odgłos trąb i wystrzałów za sceną).

Co to znaczy, Panie?

Hamlet. To znaczy, że król czuwa z czarą w ręku,
Zgraję opilców dworskich przepijając;
Każdy zaś taki sygnał trąb i kotłów

10 

Jest tryumfalnem hasłem nowej miary
Przezeń spełnionej.

Horacy.Czy to taki zwyczaj?
Hamlet. Zwyczaj zaiste; mojem jednak zdaniem,