Strona:Hamlet (William Shakespeare).djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Widziane były różne dziwowiska:

125 

 Jako to gwiazdy z ogonem, deszcz krwawy,
Plamy na słońcu i owa wilgotna
Gwiazda, rządząca państwami Neptuna[1],
Zmierzchła, jak gdyby na sąd ostateczny.
I otóż takie same poprzedniki

130 

 Smutnych wypadków, które jako gońce,
Biegną przed losem, albo są prologiem
Wróżb przyjść mających, nieba i podziemia
Zsyłają teraz i naszemu państwu.

(Duch powraca).

Patrzcie! znów idzie. — Zastąpię mu drogę,

135 

 Choćbym miał zdrowiem przypłacić. — Stój, maro!
Możeszli wydać głos albo przynajmniej
Dźwięk jakikolwiek przystępny dla ucha:
To mów!
Jestli czyn jaki do spełnienia, zdolny
Dopomódz tobie a mnie przynieść zaszczyt:
To mów!

140 

Maszli świadomość losów tego kraju,
Które wprzód znając, możnaby odwrócić:
O, mów!
Alboli może za życia pogrzebłeś
W nieprawy sposób zgromadzone skarby,
Za co wy duchy, bywacie, jak mówią,

145 

 Skazane nieraz tułać się po śmierci.

(Kur pieje).

Mów! Stój! mów! — Zabież mu drogę, Marcellu.
Marcellus. Mamże nań natrzeć halabardą?
Horacy.Natrzyj,
Jeśli nie stanie.
Bernardo.Tu jest.
Horacy.Tu jest.

(Duch znika).

Marcellus.Zniknął.
Krzywdzim tę postać tak majestatyczną,

150 

 Chcąc ją przemocą zatrzymać; powietrze
Tylko chwytamy i czcza nasza groźba
Złośliwym tylko jest urągowiskiem.
Bernardo. Chciał coś podobno mówić, gdy kur zapiał.

  1. „państwa Neptuna“ — morze, ocean.