Strona:Grający las i inne nowele.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


eraz tak odległą, tak niejasną, tak niepojętą, że nie odczuwał ani cienia niepokoju.
— „Ira, chodźmy do naszego „molo“. Niezadługo już zajdzie słońce a zachód dziś będzie wspaniały. Słyszysz jak morze dzwoni, jak gra niespokojnie, jakby czekało niecierpliwie na tamtą chwilę“.
Wyszli z hotelu. Mała ścieżyna kamienista, tuż nad brzegiem morza, biała, oblana jaskrawem słońcem, ciągnąca się gdzieś w dal bezkresną aż do tych gór olbrzymich, co niby groźny krzyk wbiły się ostremi iglicami wprost z głębin morza w lazurowy, nieskazitelnie czysty błękit. Po jednej stronie nagie, popękane, przedziwnie smutne skały, z płatami rudawej ziemi, którą wiatry zwiały w niektóre miejsca, u stóp zaś morze lazurowe, syczące niespokojnie, rozbijające się białemi pianami o ostre skały, z błękitem nieba zatopionym na dnie, morze-cud, morze-dziwo, w którem przekwitały cudnie wszystkie blaski nieba i ziemi, w oczekiwaniu świętej chwili zachodu! A na nieskończonych, nieobjętych wzrokiem przestworach morza tkwiło nieruchomo kilka barek rybackich z rozwiniętemi żaglami, oczekujących wiatru, niby białe, olbrzy-