Strona:Gomulickiego Wiktora wiersze. Zbiór nowy.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A niebawem i starzec do przymierza wchodzi.
Ach to rzecz przednia śmiać się w majową pogodę!
Pulchny malec, cherubom równy przez urodę,
W kwiatach — to obraz ciebie godzien, o Wergili!

Niestety! to, co piękne, najsnadniej omyli...
Najpierw, brak Pawełkowi zdrowia. Niedość krzepką
Duch chłopca dostał klatkę. Nad jego kolebką
Powiał czarny wiatr grobu. Blady jest. Któż zgadnie,
Czy po matce i jego śmierć nie chwyci zdradnie?
Dziecku trzeba pokarmu; sprowadzono zatem
Kozę. Chłopiec koźlęcia został mlecznym bratem.
Gdy koźlę skacze, dziecku chodzić już wypada.
Dziadek mówi:
„Maszeruj, chłopcze; trudna rada!”
Lecz dzieci mają pełno trwożliwych omamień:
Krzesło dla nich Charybdą, Scyllą lada kamień,
Kolanka się zginają, w stopach słaba władza —
Wesołości ich przecie nic to nie przeszkadza.
Gałąź drży, a kwiatami pyszni się o wiośnie.
Młody wiek pewien siebie; zwycięża, kto rośnie.

Pawełek dzielnie spełnia zadanie niełatwe.
(Pragniesz go widzieć, matko? Spójrz na własną dziatwę!)
Dziadek go nie zostawia samego na chwilę.
„Trzymaj się ostro! — woła. — Stój o własnej sile.”
Chłopiec kroczy odważnie, jest zuchem nielada,
Drwi z przeszkód; wtem się nagle potyka — i pada,
A starzec mu podściołkę czyni z własnych dłoni,
I sam słaby, słabszego od upadku broni.
Trwoga kończy się śmiechu głośnego wybuchem.