Szatkiewicz nie dostrzegł nikogo ze znajomych.
Godzina była jeszcze wieczorna, ci panowie z inteligencji schodzili się dopiero później po koncercie, gdy dla publiczności zamykają się drzwi, a otwierają furtki dla pewnego sortu wybranych.
Szatkiewicz zeszedł na dół i kazał sobie dać piwa. Usiadł niedaleko sceny i założył z pańska nogę na nogę.
Na scenie podrygiwało w tej chwili pięć galicyjskich żydówek z porządnemi nosami i kędzierzawemi włosami. Ubrane były z kiepska po węgiersku, miały szamerowane dolmany, buty na krzywych nogach i na bakier przekrzywiane kołpaki, co niezmiernie śmieszne robiło wrażenie.
Tańczyły i śpiewały piszcząc, robiąc ognisty temperament, bijąc o scenę obcasami jak ochwacone klacze kopytami.
Jakiś jegomość ciemnowłosy stał w sali pod piecem i, skrzywiwszy się niemiłosiernie, szpilką od krawatu zęby sobie czyścił.
Koszlawy trochę kelner żyd podsunął się do Szatkiewicza.
— Jaśnie pan wie — zaczął konfidencjonalnie — to wszystko są prawdziwe węgierki... une takie cygańskie... węgierki.
Szatkiewicz ramionami wzruszył.