Przejdź do zawartości

Strona:Gabrjela Zapolska-Antysemitnik.pdf/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

 — Ja... chciałabym się pana o coś zapytać!
 — Pytaj!
 — Pan to musi chyba najlepiej wiedzieć... Czy to prawda, że jutro będą bić żydów?
 Szatkiewicz wzruszył ramionami.
 — Niewiem, skąd ci to przyszło?
 — Tak... mówili...
 — Może — a zresztą co tobie do żydów?
 — Nic... tak sobie.
 Wyszli z pod arkad i kierowali się w stronę ulicy Szewskiej.
 — A potem — zaczął znów Szatkiewicz — skąd ci się wzięło to, że ja powinienem wiedzieć o tem, kiedy żydów bić będą?
 Kobieta milczała krótką chwilę, lecz wreszcie odparła, opuszczając nisko na piersi głowę.
 — Bo pan pisze w takiem piśmie, gdzie ciągle na żydów wymyślają.
 Szatkiewicz ramionami wzruszył.
 — No to i co z tego?
 — Nic... ja tak myślałam...
 Śnieg znów sypać zaczął. Ona otworzyła nad głową zniszczony półjedwabny parasol, lecz widocznem było, iż mimo chęci nie śmiała się przybliżyć i ochronić nim od śniegu Szatkiewicza.

 Weszli już w Szewską ulicę. Minęli rogowy magazyn, w oknie którego porozkładały się barwne motyle — ogromne japońskie parasolki.