i zarobkowej nienawiści roztaczała się wyjątkowa, nieuchwytna atmosfera.
Nawet płaszcz nocy, który wszystkie bole i cierpienia choć chwilowo przytłumia, nie zdołał wygnać pod gwiazdy tej wielkiej i niezrozumiałej nienawiści ludzkiej.
Szatkiewicza ogarnęła ta atmosfera z chwilą wejścia w jej promienie. Przypomniał sobie redakcję, Bindera, obiecaną mu posadę krytyka i ocknęła się w nim uśpiona ambicja, próżność, chęć dojścia, wypłynięcia na wierzch a zwłaszcza pragnienie gnębienia drugich.
Przypomniał sobie, iż miał przynieść paczkę plotek zakulisowych, jako podstawę do przyszłej teatralnej krytyki.
Zwrócił się ku Irmie.
Uczuł, iż była cokolwiek dotkniętą jego poprzednią szorstkością.
Wziął jej rękę i wsunął ją pod swe ramię, przycisnął ją mocno, tak mocno, jak to czynią zakochani studenci.
— Gniewasz się?
Ja? nie!...
Szczęśliwa była z tego uściśnięcia ręki, jak z najbardziej rozkosznej pieszczoty.
On tłumaczył się dalej.
— Bo widzisz — ja mam dosyć tych dzienników,