Strona:Ferdynand Ossendowski - LZB 03 - Krwawy generał.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Do widzenia w Urdze, profesorze!
— Hm, — pomyślałem, — więc dojadę do Urgi?...
To znacznie mnie uspokoiło na czas drogi do stolicy „Żywego Buddhy“ i „krwawego, szalonego barona“.
Żyłem już oddawna krótkiemi okresami czasu.
W Urdze zajdą nowe okoliczności; tam obmyślę sytuację, tam będzie mój olbrzym — agronom i dwóch bardzo dzielnych żołnierzy polskich.
Po spotkaniu się z baronem kozacy odrazu zmienili swój stosunek do mnie, usiłując zabawiać rozmową i figlami z kulawym lamą. Przy każdej sposobności na wyścigi starali się mi dopomóc i usłużyć.
Opowiedzieli mi oni o bojach swojej dywizji w Zabajkalu z bolszewikami i w Mongolji — z Chińczykami, o niezwykłej, niesamowitej odwadze barona, którego kule najwidoczniej omijają.
Stary kozak opowiadał:
— Gdy przed rozpoczęciem szturmu chińskiego przedmieścia Urgi, Majmaczenu, wojska były już na pozycjach i oczekiwały sygnału, baron siedział sobie spokojnie koło ogniska na stepie. Mroźny wiatr szalał, ścinając krew w żyłach. Generał zaś był bez czapki, palił pa-